Pamiętacie zapewne wpis sprzed jakiś 2 miesięcy gdzie pisałem, że poznaje kolejne odsłony ulicy, ale, że jeszcze nie widziałem ulicy... No cóż z okazji świąt zoraganizowaliśmy dla dzieciaków z ulicy dwie chocolatady. Chocolatada to taki bożonarodzeniowy poczęstunek w czasie którego serwuje się głównie gorącą czekoladę i paneton. Gorącej czekolady tłumaczyć nie muszę (choć tutaj uwaga... w peru owoc kakaowaca można zerwać z drzewa, ale jakoś sztuki robienie dobrej czekolady to Peruwiańczycy nie opanowali...i tyczy sie to także pitnej czekolady), ale warto powiedzieć co to paneton. Jest to rodzaj ciasta, bardzo podobny do naszej babki wielkanocnej, nadziewany różnokolorowymi kawałkami galaretki. My oprócz tych dwóch rzeczy, to serwowaliśmy jeszcze kurczaka z rożna z ziemniakami i majonezem.
Pierwszą chocolatade zorganizowaliśmy w "Flechicie", w swoistego rodzaju świetlicy dla dzieci ulicy. Przyszło bardzo wiele osób, ponad 50. I tutaj uwaga... słowo dzieci ulicy jest wytrychem słownym, ale trzeba wiedzieć, że te dzieci to tak od 13 w zwyż. Większość z nich ma poniżej 18 roku życia, choć wszyscy wyglądają na starszych niż swój wiek. Większość dziewczyn przyszła ze swoimi dziećmi, jednym lub dwoma. Luz była zadowolona z tego, że przyszły różnego rodzaju dzieci... te co kradną, te co sprzedają cukierki, te co grają na instrumentach, te co trudnią się prostytucją etc. Zaczęliśmy od meczu w piłkę nożną, potem pograliśmy w siatkówkę (jako, że były pale do siatki ale nie było ich jak wbić w cement to ja i Ruben byliśmy siatkowymi, trzymaliśmy pale :)) Potem przeszliśmy już do obchodów Bożego Narodzenia. Najpierw jedna dziewczyna przeczytała frgament z Biblii a potem Ruben, w kilku słowach wyjaśnił o co chodzi w świętach Bożego Narodzenia. W czasie czytania ludzie rozmawiali, ale kiedy zaczął mówić Ruben, wszyscy zamilkli... dlaczego? Bo powiedział "Jezus urodził się biednym, urodził się na ulicy tak jak my wszyscy tutaj" Dla mnie samego było to bardzo ważne zdanie.
Zaśpiewaliśmy dwie kolędy, po czym dzieciaki zagrały kilka kawałków na instrumentach. Wielu z nich naprawdę dobrze gra!!! Jeszcze tylko kurczak, paneton i czekolada ... Wesołych Świąt i wszyscy się rozeszli.
Druga chocolatada miała już całkowicie inny przebieg bo odbywała się na ulicy. Najpierw poszliśmy w okolicę ulicy Cuzco. Ja byłem odpowiedzialny za kurczaka, więc jak przyszedłem to już wszyscy byli zgromadzeni i głodni. Tutaj nie było wielkich przemów...rozdaliśmy co mieliśmy, pogadaliśmy chwile i poszliśmy dalej. Udaliśmy się w stronę placu Grau. Tutaj się nas niespodziewali, ale bardzo szybko dzieci zaczaiły po co przychodzimy. Wszyscy chcieli paczuszki, czekoladę. Pobawiliśmy się z dziećmi (te były już mniejsze ... tak około 7 -8 lat). Kurczaka nie starczyło już dla wszystkich więc dostały go tylko matki z dziećmi. I z tamtąd z jendym kurczakiem poszliśmy na samą plazę Grau gdzie akurat spotkaliśmy jedną rodzinę.
To co dla mnie było ważne to poznanie rodzeństwa czy rodziców dzieci które mieszkają u nas w domu, zrozumienie w końcu przed czym ich chronimy - przed chorobami, przed biedą, głodem, nocami spędzonymi na ulicy lub w tanim hoteliku.
I wraz z końcem tego wpisu moja kreatywność spadła do zera więc kolejny wpis zrobie jutro :)
Pierwszą chocolatade zorganizowaliśmy w "Flechicie", w swoistego rodzaju świetlicy dla dzieci ulicy. Przyszło bardzo wiele osób, ponad 50. I tutaj uwaga... słowo dzieci ulicy jest wytrychem słownym, ale trzeba wiedzieć, że te dzieci to tak od 13 w zwyż. Większość z nich ma poniżej 18 roku życia, choć wszyscy wyglądają na starszych niż swój wiek. Większość dziewczyn przyszła ze swoimi dziećmi, jednym lub dwoma. Luz była zadowolona z tego, że przyszły różnego rodzaju dzieci... te co kradną, te co sprzedają cukierki, te co grają na instrumentach, te co trudnią się prostytucją etc. Zaczęliśmy od meczu w piłkę nożną, potem pograliśmy w siatkówkę (jako, że były pale do siatki ale nie było ich jak wbić w cement to ja i Ruben byliśmy siatkowymi, trzymaliśmy pale :)) Potem przeszliśmy już do obchodów Bożego Narodzenia. Najpierw jedna dziewczyna przeczytała frgament z Biblii a potem Ruben, w kilku słowach wyjaśnił o co chodzi w świętach Bożego Narodzenia. W czasie czytania ludzie rozmawiali, ale kiedy zaczął mówić Ruben, wszyscy zamilkli... dlaczego? Bo powiedział "Jezus urodził się biednym, urodził się na ulicy tak jak my wszyscy tutaj" Dla mnie samego było to bardzo ważne zdanie.
Zaśpiewaliśmy dwie kolędy, po czym dzieciaki zagrały kilka kawałków na instrumentach. Wielu z nich naprawdę dobrze gra!!! Jeszcze tylko kurczak, paneton i czekolada ... Wesołych Świąt i wszyscy się rozeszli.

Druga chocolatada miała już całkowicie inny przebieg bo odbywała się na ulicy. Najpierw poszliśmy w okolicę ulicy Cuzco. Ja byłem odpowiedzialny za kurczaka, więc jak przyszedłem to już wszyscy byli zgromadzeni i głodni. Tutaj nie było wielkich przemów...rozdaliśmy co mieliśmy, pogadaliśmy chwile i poszliśmy dalej. Udaliśmy się w stronę placu Grau. Tutaj się nas niespodziewali, ale bardzo szybko dzieci zaczaiły po co przychodzimy. Wszyscy chcieli paczuszki, czekoladę. Pobawiliśmy się z dziećmi (te były już mniejsze ... tak około 7 -8 lat). Kurczaka nie starczyło już dla wszystkich więc dostały go tylko matki z dziećmi. I z tamtąd z jendym kurczakiem poszliśmy na samą plazę Grau gdzie akurat spotkaliśmy jedną rodzinę.
To co dla mnie było ważne to poznanie rodzeństwa czy rodziców dzieci które mieszkają u nas w domu, zrozumienie w końcu przed czym ich chronimy - przed chorobami, przed biedą, głodem, nocami spędzonymi na ulicy lub w tanim hoteliku.
I wraz z końcem tego wpisu moja kreatywność spadła do zera więc kolejny wpis zrobie jutro :)
0 komentarze:
Prześlij komentarz